|
Wojciech
Henryk Wilhelm Gerson
urodził się 1.07.1831 r. w Warszawie,
zmarł 25.02.1901 r. tamże. Mając trzynaście
lat rozpoczął naukę malarstwa w warszawskiej
Szkole Sztuk Pięknych. W latach 1853-55 studiował
w Akademii petersburskiej, potem przez kolejne
trzy lata w Paryżu w pracowni Leona
Cognieta. Zaraz po powrocie do Warszawy otworzył
przy ul. Miodowej własną pracownię, gdzie zbierał
się ówczesny świat artystyczny stolicy. Działał
jako organizator życia artystycznego, był współzałożycielem
Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych (1860), zasłynął
jako pedagog przez czterdzieści lat nauczając
rysunku i malarstwa. W latach 1872-96
był czołowym wykładowcą Klasy Rysunkowej, z której
wyszli tak wybitni artyści jak Józef Chełmoński,
Józef Pankiewicz, Leon Wyczółkowski, Stanisław
Masłowski, Władysław Podkowiński. Pisał i wydawał
rozprawy o sztuce i podręczniki dla
studentów. Cieszył się dużym autorytetem. Jako
krytyk reprezentował poglądy tradycjonalne, występując
przeciw modernizmowi i impresjonizmowi. Pozostawił
ogromny dorobek artystyczny we wszystkich dziedzinach
malarstwa.
Był bardzo aktywnym członkiem warszawskiej parafii
ewangelicko-augsburskiej. Już od 1869 roku był
członkiem jej Kolegium Kościelnego, w ostatnich
latach swego życia piastując funkcję Prezesa Kolegium.
Został pochowany na cmentarzu ewangelicko-augsburskim
w Warszawie.
Dzieło:
"Spotkanie Zmartwychwstałego z Marią Magdaleną"
olej na płótnie, 278 x 136 cm
sygn.: Wojciech Gerson, Warszawa rp. 1900
obraz ołtarzowy ewangelickiego kościoła Zbawiciela
Parafia Ewangelicko-Augsburska w Tomaszowie
Mazowieckim
"Maria
zaś stała na zewnątrz grobowca i płacząc
pochyliła się, a wtedy ujrzała dwóch aniołów
w bieli na tym miejscu, gdzie uprzednio złożono
ciało Jezusa. Jeden siedział u wezgłowia,
drugi u nóg. Odezwali się do niej: Kobieto,
czemu płaczesz? Ktoś zabrał mojego Pana i nie
wiem, gdzie Go położył - odpowiedziała Maria.
Ledwie to powiedziała, obejrzała się i spostrzegła,
że za nią stoi Jezus, ale Go nie poznała. Jezus
zapytat: Kobieto, czemu płaczesz? Kogo szukasz?
Ona zaś pewna, że to ogrodnik, odpowiedziała:
Panie, jeżeli ty Go przeniosłeś, powiedz gdzie
Go położyłeś, a ja Go zabiorę. Mario! - powiedział
Jezus. Obróciła się natychmiast ku niemu i zawołała
po hebrajsku: Rabbuni, co znaczy: Mój Nauczycielu!
A Jezus: Nie dotykaj mnie, bo jeszcze nie
wróciłem do Ojca! Idź natychmiast do moich braci
i powiedz im: Wracam do Ojca mojego i waszego,
do Boga mojego i waszego! Maria z Magdali
poszła i oznajmiła uczniom: Widziałam Pana!
I powtórzyła, co jej powiedział Jezus".
Ewangelia
wg św. Jana 20:11-18
Patrzymy
na obraz ołtarzowy ewangelickiego kościoła w Tomaszowie
Mazowieckim. Jest to jeden z ostatnich, jeśli
nie ostatni obraz Wojciecha Gersona. Namalował
go na zamówienie pastorostwa Marii Emmy i Eugeniusza
Biedermannów. By utrzymać linie podziałów stosowane
w wystroju neogotyckiego monumentalnego kościoła
Zbawiciela, Gerson musiał ograniczyć swe płótno
dosyć nietypowo, w zwieńczeniu łukowym dębowego
prospektu ołtarzowego. Sędziwy już i schorowany
Gerson nie doczekał dnia poświęcenia nowego ewangelickiego
kościoła w Tomaszowie (15.08.1902 r.),
nie mógł ocenić końcowego artystycznego efektu
osadzenia obrazu w wysokim na 7,5 m
ołtarzu. Gdy w 1898 roku Kolegium Kościelne
Parafii tomaszowskiej i Komitet Budowy Kościoła
złożyły zamówienie na obraz "...z wizerunkiem
Chrystusa Pana..." pozostawiając wybitnemu
profesorowi wolną rękę w biblijnym uściśleniu
tematu obrazu, Gerson wiedziony niejako testamentalnym
pragnieniem wybrał ewangeliczny fakt chrystofanii,
dając ilustrację do 20 rozdziału Ewangelii Jana.
Jako człowiek głęboko wierzący i aktywny
w życiu Kościoła ewangelicko-augsburskiego,
z ogromną radością wybrał tę właśnie scenę,
która dawała mu możliwość złożenia artystycznego
świadectwa wiary. Mając ogromne zasługi w ograniczaniu
panoszącego się malarskiego, sakralnego kiczu
w polskich kościołach (poprzez założoną w 1888 r.
Spółkę Artystyczną, jako jej szef) podejmował
wraz z innymi wybitnymi warszawskimi malarzami
trud "produkcji" religijnych, parafialnych zleceń,
głównie Kościoła rzymskokatolickiego (wizerunki
Świętych Patronów, Madonny etc.). Po tych dla
luteranina często trudnych tematach realizowanych
na zamówienie, ze spotęgowaną radością zabrał
się do obrazu wieńczącego jego twórczość religijną.
Oczywisty
chrystocentryczny temat osadził w realiach
ewangelicznego wyznania: "Rabbuni! Mój Nauczycielu".
Tym samym zdecydował się na ilustrację niebywale
trudnego i zarazem radosnego wyznania. Wypowiada
je bowiem tylko kobieta w obecności tomaszowskich
ewangelików w dziewiętnastowiecznym kontekście
przemysłowego zmaskulinizowanego społeczeństwa,
w atmosferze spychającej kobiety do roli
niemych, ozdabiających męski świat dodatków. A tu
tymczasem od 1902 roku co najmniej raz w tygodniu,
w niedzielę, kilka tysięcy uczestników nabożeństwa
patrzy na wiarę kobiety, jej płacz i radość,
na zwątpienie skutecznie wyparte pewnością zwycięstwa
Pana Jezusa. Kilka tysięcy luteran, w tej
liczbie wielcy tekstylni magnaci i proletariat
tomaszowskich zakładów włókienniczych, medytowało
ilustrację słów Marii z Magdali: "Mój
Nauczycielu!" Czyli innymi słowy Wojciech
Gerson stawia przed ich oczyma postać Marii z apelem
godnym wielkiego malarskiego kaznodziei: "Idź
i czyń podobnie", "mów Rabbuni, przyznawając
zmartwychwstałemu Chrystusowi status Nauczyciela
Dobrego". W ten sposób udało się osiągnąć
coś fantastycznie ważnego: gdy Chrystus mówi:
Idź natychmiast do moich braci i powiedz
im, że wracam do Ojca - Maria Magdalena, jakby
pobudzona i ożywiona trafia najpierw do siedzących
w wysokich ławach kościoła Müllerów, Pieschów,
Rolandów, Kesslerów, Wernerów, Britzmannów, Knothych...
i woła: Kochani! Bracia i Siostry w wierze!
Widziałam Pana! Czyż nie jest to wyjątkowy przywilej,
wchodzić do takiej świątyni, gdzie każdej niedzieli
można usłyszeć wciąż aktualne to samo wyznanie:
Nauczycielu? Doprawdy, to przywilej!
Kolorystyka
obrazu pozostaje spokojna i subtelna, jakby
stanowiąca odwzorowanie niedzielnej ciszy pierwszego
dnia tygodnia, po sabacie. Delikatne tło przypominać
może poranną mgłę otulającą starożytną nekropolię
Jerozolimy. Niczym nie zakłócona prosta linia
horyzontu lokuje całe wydarzenie na ustroniu,
z dala od handlu i zgiełku ówczesnego
Jeruzalem. Brąz, beż, zieleń, seledyn, błękit,
biel, to zastosowana przez artystę paleta barw.
Żadnej agresji i żadnego niepokoju, żadnego
krzyczącego zestawienia kolorów, nie ma nawet
czerni, kojarzonej przez nas z żałobą. Śmierć
jest już pokonana przez zmartwychwstanie. Ewangeliczne
opisy tamtego zdarzenia, pełne niepoprawnych skojarzeń
i oczywistych nieporozumień (wykradzenie
i schowanie zwłok, notoryczne nierozpoznawanie
osoby Jezusa) utrwalone zostały przez Gersona
w odmalowanej łopacie ogrodnika. To tak jakby
wspierający się o nią Chrystus usprawiedliwiał
zaistniałe nieporozumienie. Błędne skojarzenie
Marii, sądzącej że stojący przed nią mężczyzna
- w dodatku mówiący: Niewiasto! Kogo szukasz?
- jest tylko ogrodnikiem, w owym wymownym
rekwizycie usprawiedliwia w sposób wystarczający
brak rozpoznania i pośrednio brak wiary.
Skoro zobaczyła "gersonowską" łopatę - czemu się
dziwić? Nie wolno jej rozliczać z niewystarczającej
wiary. Łopata; by też nikomu nie przyszło do głowy
jakieś obwinianie jej za zapomnienie zapowiedzi
zmartwychwstania. Mogła się pomylić. Mogła mieć
wtedy, po Wielkim Piątku, zdruzgotaną nadzieję
i słabą wiarę. Ale jednego nie można jej
odmówić: gorliwej miłości, dzięki której znalazła
dość siły i odwagi, by samotnie przyjść do
grobu swego Mistrza. To z miłości, bezgranicznego
i bezwarunkowego oddania płyną z jej
oczu smutne, autentyczne łzy. To dzięki tej miłości,
tak pięknie opisanej w Ewangeliach, idąc
za Jezusem, zaszła do końca, aż do grobu, który
okazał się otwarty i pusty. Przed skalnym
grobowcem stanął Zmartwychwstały i widząc
jej miłość posyła ją dalej, de facto w pierwszą
wyprawę misyjną, by niewierzącym uczniom na powrót
umożliwić wiarę. Zaraz wstanie i pójdzie,
a może pobiegnie do uczniów z pustymi
rękami, ale z mocą zwiastowanego słowa. Widzimy
tutaj owo reformacyjne położenie akcentów na Słowo,
na wiarę bez materialnych dowodów. I choć
uczniowie z pewnością woleliby popatrzeć
na namacalny dowód, jakim byłby całun Chrystusa
(ba, zadowoliłby ich na pewno choćby tylko maleńki
oderwany fragment tkaniny) Maria Magdalena przychodzi
do nich z sercem pełnym wiary i jednocześnie
z pustymi rękoma. Taka a nie inna postawa
Marii Magdaleny, mówiąc popularnym, aczkolwiek
dla luteran obcym nazewnictwem, "wyniosła ją na
ołtarz" ewangelickiego kościoła. Oczywiście nie
po to, by budować jej świętość i cześć, lecz
by poprzez nią budować wiarę w Zmartwychwstałego
- Jezusa Nauczyciela. Najważniejszą postacią jest
Jezus Chrystus, a biblijna historia, jaka
ilustruje opisywany obraz jest chrystocentryczna.
Mimo to odmalowana osoba Zmartwychwstałego jakby
pozostawała w tle. Jest trochę niewyraźna
w konturach, kontrastująca - pod tym względem
- z mocniej nakreśloną Marią. Obie postacie
zajmują pierwszy plan - skąd więc takie zróżnicowanie?
Trzecia postać, świadek całego spotkania, stojący
na tle otwartego grobowca skrzydlaty anioł, został
nakreślony jakby w zupełnym zarysie. Hipoteza
o niedokończonym przez Gersona obrazie nie
znajduje większego potwierdzenia. To zamierzony
zabieg Profesora Sztuk Pięknych, który na niewielkiej
przestrzeni zestawił trzy postacie, każdą inną
z punktu widzenia egzystencji. Maria Magdalena
- kobieta z krwi i kości, obok niej
prawdziwie zmartwychwstały Chrystus w odmienionym
zmartwychwstałym ciele. Z tyłu anioł - postać
duchowa, zatem ledwie widoczna oczyma wiary. Trzy
postacie, według naszego rozumienia materii znacznie
różniące się od siebie.
Idąc
za błagalnym wzrokiem dopiero co osuszonych oczu
Marii widzimy odmalowanego naturalnej wielkości
Chrystusa. Owinięty białym całunem, wsparty o łopatę,
odchyla się lekko do tyłu. Choć objęcie Marii
byłoby tutaj czymś na wskroś ludzkim i naturalnym,
musi się wzbraniać, bo jego ciało nosi boską tajemnicę
cudownego zmartwychwstania. To ta cudowność zwycięstwa
spycha daleko w cień całe piątkowe misterium
cierpienia, także krainę umarłych. Na próżno szukalibyśmy
na ciele Chrystusa tych licznych ran, zastygłej
krwi. Centralnie przebite stopy stoją mocno na
ziemi, a rany po gwoździu są prawie niezauważalne.
To samo można powiedzieć o ledwo widocznej
kłutej ranie prawego boku. Długie włosy, spokojnie
spadające na ramiona i bardzo jasne czoło
w niczym nie nawiązują do niedawnego "cierniem
koronowania". Wielki Piątek, przede wszystkim
Wielki Piątek i nade wszystko Wielki Piątek,
zawsze Wielki Piątek. Może właściwym byłoby poszerzenie
tej teologiczno-pobożnościowej luterańskiej bazy
o radość zmartwychwstania, która do teologicznej
prawdy o odkupieniu i zbawieniu daje
pełny nadziei nakaz misyjny. Brak wyeksponowania,
choćby tylko zabliźnionych wielkopiątkowych ran,
jest tutaj w pełni zamierzone. Określa drogę
niepohamowanego głodu względem relikwii i racjonalistycznej
gonitwy za dowodami (posuniętymi do granic absurdu:
"wkładanie palców..."), jako drogę, mimo wszystko
niepewną i niegodną autentycznie wierzącego
chrześcijanina.
To
w niedzielny poranek wielkanocnego zdarzenia
po raz pierwszy można było usłyszeć subtelne preludium
do późniejszego radosnego kościelnego grania.
Zatem
wyeksponowana tak wyraźnie lewa dłoń Chrystusa
nie musi niczego udawadniać. Nie domaga się tego
Maria Magdalena, nie oczekują tego świadomi chrześcijanie.
Ta dłoń, odmalowana w łagodnym geście podkreśla
ważność spotkania i błogosławi spotkaną.
Analizując
dzieło pod względem kompozycji dochodzimy do zaskakującego
wniosku. Otóż w konfiguracji trzech postaci
centralne miejsce zyskują dłonie. To one wyznaczają
oś obrazu, a sposób umiejscowienia ich na
stosownych tłach, potęgujących wyrazistość rysunku
palców, wskazuje że Gerson dokładał wiele starań,
by uwypuklić subtelną i wymowną grę dłoni.
Widzimy blisko względem siebie dłoń Chrystusa
i dłonie Marii Magdaleny. Te ostatnie proszą,
szukając kontaktu z Nauczycielem. Są łagodne
i delikatne - po prostu kobiece, pełne troskliwości
i czułości. Chciałyby objąć Pana, ale On
się wzbrania podając - pewnie niezrozumiałe -
wyjaśnienie. Skoro tak, więc zamiast objęcia,
złożą się w pokorze albo rozsuną z chęci
działania. Pozostają niby puste, wolne od zachłanności,
niczym nie obciążone, skore do wysiłku, diakonii,
usługiwania. Na smutnej twarzy Marii z wolna
zaczyna rysować się uśmiech, gdy - jakby zamyślony
Chrystus - patrzy przed siebie wypatrując szeroką
przestrzeń działania. To spotkanie okazało się
bardzo udane, o błogosławionych następstwach
dla całego Kościoła. O to błogosławieństwo,
o to szczęście modli się ze złączonymi dłońmi
anioł obserwujący całość zdarzenia.
Ktoś
powiedział, że w układzie dłoni Marii Magdaleny
widać posłuszeństwo i oddanie. Zimny kamienny
grobowiec i cudownie lśniąca szata Chrystusa
stanowią jedynie tło dla... dłoni tej kobiety
iza jej przykładem dla dłoni i wierzących
ludzi, każdej epoki, każdego pokolenia. To już
prawie sto lat "Spotkanie Zmartwychwstałego
z Marią Magdaleną" Wojciecha Gersona
inspiruje wierzących tomaszowian, luteran i rzymskich
katolików*
do ufnego działania. Minął wiek cały, zmieniła
się rzeczywistość przemysłowego miasta, ewangelickiej
Parafii i Kościoła. Obecnie, u progu
trzeciego tysiąclecia mam tę nadzieję, iż mimo
tylu zmian - niezmiennym pozostanie gersonowskie
artystyczne przesłanie. Starokościelne "noli
me tangere" (nie dotykaj mnie) jest wciąż
i dla nas, poprzez dystans czasu i przestrzeni,
aktualne.
Ważna
zatem pozostaje wielkanocna świadomość, że wcale
nie trzeba dotykać Chrystusa, aby wierzyć i dla
Niego działać. Amen.
|